FILM | Zobacz wszystkie wywiady | Thomas McCarthy o filmie "Spotkanie"
Thomas McCarthy o filmie
Co zainspirowało pana do napisania scenariusza i zrealizowania filmu "Spotkanie"?

Trudno jest mi wskazać konkretną inspirację. Zwykle ze zbioru wielu moich różnych pomysłów wybieram te, które akurat są dla mnie najbardziej interesujące. W tym przypadku były to dwie sprawy. Przy okazji kręcenia mojego ostatniego filmu spędziłem jakiś czas na Bliskim Wschodzie, głównie w Bejrucie. Odniosłem wrażenie, że czytając dużo o tym regionie świata nie rozumiałem jednak mieszkających w nim ludzi i ich kultury. Później więc parę razy jeszcze tam wracałem, sporo czytałem i nawet zacząłem spędzać więcej czasu wśród arabskiej społeczności w Nowym Jorku. Prowadząc dalej obserwacje natknąłem się na historię młodego mężczyzny, który został zatrzymany i osadzony w jednym z ośrodków imigracyjnych w Queens. Wtedy zacząłem czytać wszystko, co mi wpadło w ręce na temat polityki imigracyjnej i naszego systemu pozbawiania ludzi wolności. Sposób, w jaki postępujemy po 11 września 2001 roku z ludźmi, szczególnie tymi o nieudokumentowanym obywatelstwie podsunął mi pomysł na tą historię. Zapisałem się do organizacji Sojourners mieszczącej się w Riverside Church na Manhattanie i zacząłem odwiedzać zatrzymanych. Niezależnie od tego miałem też w głowie postać starzejącego się profesora college`u, który stracił zamiłowanie do swojego zawodu. I gdzieś po drodze te dwie historie i obaj bohaterowie się spotkali.

Na co w filmie "Spotkanie" chciał pan zwrócić szczególną odwagę widzów?

To interesujące pytanie. Moim głównym celem było opowiedzenie ciekawej historii. Jeśli przy okazji rzuciłem trochę światła na sprawy mniej znane opinii publicznej, to tym lepiej. Szczególnie się starałem, aby nadać problemowi imigracji ludzką twarz. Najlepsze, co możemy zrobić, to przypominać sobie co jakiś czas o naszym człowieczeństwie. Nie ma znaczenia, czy zajmujemy się rozwiązywaniem poważnych kwestii na Bliskim Wschodzie czy własnych problemów z imigrantami , zawsze należy pamiętać, że nie chodzi tylko o kolejne sprawy, ale że mówimy o konkretnych ludziach. Jeśli będziemy tak właśnie postępować, to kto wie? Wydaje mi się, że w pewnym sensie wszystko sprowadza się do współczucia i zrozumienia. I to właśnie miałem zamiar ukazać. Zawsze, kiedy zabierałem kogoś do ośrodka dla zatrzymanych był on przerażony tym, w jaki sposób traktuje się ludzi przybywających po raz pierwszy do naszego kraju i znajdujących się w takim ośrodku z różnych powodów. Wielu zatrzymanych nie miało żadnej opieki prawnej i wielu nie popełniło w rzeczy samej żadnego przestępstwa. Imigracja jest złożonym problemem, ale zajmując się nim musimy wykrzesać z siebie trochę współczucia.

Starał się pan wzbudzić w widzach ludzkie uczucia. Kim jest więc postać Waltera?

Taką postać miałem w głowie już od jakiegoś czasu: starzejący się profesor, niezdecydowany, pozbawiony pasji i jakiejkolwiek aktywności. A Richard Jenkins to aktor, z którym naprawdę chciałem pracować. Na pierwszy rzut oka nie wydaje się on nikim niezwykłym, ale po prostu ma talent. To klasa sama w sobie. Występował już w wielu filmach, a mimo to zawsze potrafi w pełni wcielić się w oryginalne postacie, które gra. Jest bardzo wszechstronny. Jako scenarzysta jestem zainteresowany niezdecydowanymi charakterami, a nie po prostu ludźmi z tłumu. Richard świetnie się do tego nadaje. Szczerze mówiąc, w oczach wielu osób nie jest on klasycznym gwiazdorem, ale to właśnie czyni jego rolę wiarygodną i przekonującą.


Do realizacji "Spotkania" zaangażował pan wiele osób, które pracowały wcześniej przy "Dróżniku". Było to dla pana bardzo istotne czy - ponieważ film był kręcony w Nowym Jorku - tak było po prostu łatwiej?

Mary Jane Skalski była, wspólnie z Robertem Mayem, producentką "Dróżnika", więc jest ze mną od początku. Robert zajmował się ostatnio innym projektem. Rhonda Price, moja agentka, była od zawsze zaangażowana w każdy mój projekt. Operator filmowy Oliver Bokelberg, pracujący wcześniej przy "Dróżniku", czytał już pierwsze wersje scenariusza "Spotkania", podobnie jak montażysta Tom McCardle czy scenograf John Paino. Praca z tymi ludźmi od samego początku projektu to sama przyjemność, ponieważ mamy wspólną wizję realizacji filmów. Opracowaliśmy metodę wspólnej pracy. McCardle i ja rozmawialiśmy o wielu rzeczach, które zwykle omawia się później, jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć. Wspaniale jest mieć możliwość współpracy z montażystą, któremu się ufa. Oliver również przeczytał wiele wersji scenariusza, więc już przed rozpoczęciem zdjęć, tworzeniem scenografii, czy etapem montażu wszyscy wiedzieli, jaka była historia powstawania scenariusza, co jest dla mnie niezwykle istotne. Szczerze mówiąc, to oni mną kierowali i przypominali mi wizję filmu, jaką mieliśmy na samym początku naszej pracy. To wspaniała i bardzo pomocna sytuacja.

A jak pracowało się panu z nowymi ludźmi? Część ekipy jest nowa, nowe są dla pana firmy Partici*ant i Groundswell. Jak wyglądała współpraca z nimi?

Groundswell i Partici*ant były pierwszymi firmami, do których zwróciliśmy się w sprawie finansowania filmu, ponieważ znaliśmy ich zaangażowanie w realizację oryginalnych scenariuszy i skuteczność działania. Szczerze mówiąc, wszystko przebiegło bardzo szybko. Od razu się zdecydowali. Niewiarygodnie szybko. Mieli duży wkład w realizację filmu i wiele pomysłów, ale jednocześnie szanowali moją wizję filmu. Miałem pewne doświadczenia w pracy z tymi firmami w przeszłości, głównie z Partici*ant, jako aktor w "Syrianie" i w "Good Night and Good Luck", a z Michaelem Londonem z Groundswell przy filmie "Guru", co trochę ułatwiło nam zadanie.

Nigdy nie naciskali na pana w sprawie zmiany obsady aktorskiej czy sposobu filmowania?

Dużo dyskutowaliśmy w czasie realizacji filmu, ale na tym polega współpraca. Dla wszystkich było jasne, jaki rodzaj filmu chcemy zrobić. Na przykład obsadzenie Richarda Jenkinsa, grającego zwykle role drugoplanowe, w roli głównej było istotnym elementem nadającym filmowi jego wyjątkowy charakter. Firma Partici*ant ceniła też bardzo Richarda Jenkinsa, który wzruszająco zagrał w "Dalekiej północy". Biorąc to wszystko pod uwagę, byli to właściwi ludzie, którzy we właściwym czasie znaleźli się we właściwym miejscu. Michael pracował przy filmie "Bezdroża" z Alexandrem Paynem, który miał bardzo podobny sposób myślenia. Żaden z aktorów, chociażby Paul Giamatti, nie był wtedy gwiazdorem filmowym. My naprawdę szukaliśmy właściwych aktorów do konkretnych ról.

Biorąc pod uwagę pana niekonwencjonalny sposób znajdowania inspiracji czy obsady filmu, co było najtrudniejsze w pracy nad filmem: przygotowania, kręcenie zdjęć czy jeszcze coś innego?

Kręcenie filmu w Nowym Jorku jest jak mieszkanie w tym mieście. Bywają dni, kiedy czujesz się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, ale są i takie, że chcesz z krzykiem uciec z miasta. Nowy Jork może być jednego ranka twoim najlepszym przyjacielem, a następnego twoim prześladowcą. Zdjęcia kręciliśmy na jesieni, miasto było wtedy prawdziwym studiem filmowym. To świetna wiadomość dla branży, ale nam to nie ułatwiało życia, ponieważ nasz projekt był jednym z mniejszych. W Nowym Jorku są trudne warunki do pracy, ale z drugiej strony na świecie nie ma drugiego tak wspaniałego miasta. A dla nas był oczywiście idealnym miejscem ze względu na dużą liczbę imigrantów. Ellis Island przez wiele lat była pierwszym przystankiem, gdzie przybysze dostawali amerykańskie obywatelstwo. Teraz dla wielu takim miejscem jest już nie wyspa, ale ośrodki dla imigrantów. Przywożone są tam osoby zatrzymane podczas kontroli na lotniskach bez wymaganych dokumentów. Wiem tylko, że tak wygląda to w Nowym Jorku, nie mogę nic powiedzieć na temat Los Angeles, San Antonio, Florydy, Miami czy Chicago.


Czy traktuje pan muzykę jako jeszcze jednego bohatera filmu?

O tak. Oprócz tego, że Tarek jest muzykiem, a Walter ma bzika na punkcie nauki gry na pianinie, w filmie jest mnóstwo żywej muzyki. Wystarczy przespacerować się po Nowym Jorku - grający na rozmaitych instrumentach faceci są w metrze, parkach, na ulicach. Towarzyszyli nam podczas przygotowań do filmu, przy pisaniu scenariusza i wreszcie podczas kręcenia zdjęć. Kiedyś przy wejściu do metra spotkaliśmy człowieka grającego na starożytnym chińskim instrumencie i namówiliśmy go, żeby zagrał dla nas na dole. To było cudowne , tamten dźwięk w metrze. To unikalne brzmienie, którego nie da się odtworzyć. W filmie wykorzystaliśmy odgłosy dzieciaków grających na ulicy na wiadrach i facetów grających na perkusji w parku. Tarek gra w zespole, nagraliśmy go na żywo ze wspaniałymi muzykami. Mój przyjaciel Mohammed Ali, świetny pisarz, który gra na bębnie djembe, bardzo nam pomógł. Jest autorem wspaniałej książki zatytułowanej "The Prophet of Zongo Street.", którą przeczytałem jeszcze w trakcie przygotowań do filmu. Na jej okładce było napisane, że Mohammed mieszka z żoną i dwójką dzieci na Brooklynie oraz że gra na djembe w zespole jazzowym. A ponieważ mój główny bohater Tarek miał grać na tym instrumencie, zadzwoniłem do niego i zorganizowałem sobie lekcje. Mohammed bardzo nam pomógł przy realizacji filmu. Taka sytuacja może zdarzyć się tylko w Nowym Jorku: dwa dni po przeczytaniu jego książki siedziałem w kawiarni i rozmawiałem z nim o lekcjach gry na djembe. Skoro bohater mojej historii brał takie lekcje, to pomyślałem, że nie może być nic lepszego, jak spróbować tego samemu.

Osobiście brał pan lekcje? Nie korzystał pan tylko z doświadczeń aktorów, którzy uczyli się grać?

Wziąłem lekcje, aby móc to później opisać jako scenarzysta. Kiedy Haaz dostał tę rolę, sam również pojechał na ośmiotygodniowy obóz nauki gry na djembe. Richard nie musiał tego robić, on uczy się grać w filmie i nie staje się mistrzem instrumentu. Wydaje mi się, że już jako dziecko grał na perkusji i jest w tym całkiem dobry. Jego syn też chyba gra na perkusji.

Czyli jesteśmy świadkami ewolucji?

Tak, w filmie widoczna jest pewna muzyczna ewolucja. Ale istotniejsze jest to, że widać w nim, jak muzyka przekracza granice i podziały między kulturami. To coś, co nas wszystkich jednoczy. Jest coś bardzo elementarnego i jednocześnie potężnego w tym, w jaki sposób można się za pomocą muzyki wyzwolić. Muzyka wzbudza w nas tyle emocji, ponieważ jest czysta. Myślę, że Walter odkrywa to stopniowo w czasie rozwoju akcji filmu.

Pana pierwszy film cieszył się dużą popularnością. Czy w związku z tym widzi pan między swoimi filmami jakieś podobieństwa?

To jest coś całkowicie poza moją kontrolą. Wyobrażam sobie, że po zrobieniu mojego trzeciego filmu będzie on porównywany do pierwszego, drugiego i tak dalej. To miłe mieć w swoim dorobku film, który się podobał i jest pamiętany nawet po realizacji kolejnego, ale nie mnie to oceniać. Do mnie należy pisanie oryginalnych historii i ich wierne realizowanie. Przypuszczam, że jestem w trakcie tworzenia własnego stylu, który będzie rozpoznawany, ale muszę zrobić jeszcze parę filmów, żeby był on widoczny. Powiedziałbym, że do pewnego stopnia, szczególnie, jeśli chodzi o początek filmu, wyszedłem naprzeciw oczekiwaniom widzów. Sprawiało mi wiele radości obserwowanie, w jaki sposób świat, w którym żyjemy, wpływa na losy bohaterów mojej historii. To jest coś, co uwielbiam w wielkich powieściach. Najpierw wydaje się, że los bohatera jest najważniejszy i ustalony. Później w jednej chwili, dzięki jednej decyzji, w tym przypadku dotyczącej zapłacenia za przejazd metrem, wszystko nagle się zmienia.


Czy ten film jest historia miłosną, czy historią przyjaźni?

I jednym, i drugim. Historia rozwija się w bardzo prosty sposób. Są w niej momenty zabawne, tragiczne, a nawet po prostu przyziemne. Myślę, że pokazuje ona, w jaki sposób toczy się życie. I pewnie będzie musiało upłynąć jeszcze sporo czasu od premiery filmu, zanim naprawdę zrozumiem, o czym on jest.

Widzowie dostrzegają w tej opowieści różne aspekty.

Ja też, w miarę naturalnego rozwoju akcji filmu w kontekście zmieniających się relacji międzyludzkich, miałem na niego różne spojrzenia. W "Dróżniku" widzom łatwiej było wybrać sobie swojego ulubionego bohatera. Niektórzy uważali ten film za komedię, inni za dramat. W "Spotkaniu" jest prawdopodobnie więcej wątków dramatycznych, ale wydaje mi się, że ludzie będą traktować ten film w indywidualny sposób i identyfikować się z różnymi bohaterami.

Czy "Spotkanie" jest filmem politycznym?

W pewnym sensie tak. Przynajmniej dlatego, że bohaterowie są uwikłani w sytuacje, które mają związek z problemami coraz częściej obecnymi w świadomości społecznej, takimi jak imigracja i obozy dla uchodźców. Nie miałem zamiaru składać żadnych deklaracji jako takich, chciałem raczej nadać ludzką twarz czemuś, co staje się istotną kwestią. To naprawdę dodawało mi sił w trakcie pisania scenariusza, reżyserowania i montażu filmu. Czułem, że moja energia i praca są związane z tym, co rzeczywiście dzieje się wokół mnie. Ten film może nie zmieni świata, ale przynajmniej przypomni nam o ludzkim aspekcie i konsekwencjach tej dzielącej społeczeństwo kwestii. Mam wrażenie, jakbym unosił w górę lustro i mówił: "Zobaczcie, co się dzieje. Czy wam się to podoba? Czy wam się to nie podoba? Czy jest w tym miejsce na dyskusję?". Nie sądzę, aby to do filmowców należało dawanie odpowiedzi, ale z pewnością powinniśmy zadawać pytania. Myślę, że ten film jest udany na poziomie osobistym, emocjonalnym i politycznym, ale nigdy kosztem pokazywanej historii. Jeśli potrafisz opowiedzieć ciekawą historię, to jest to najlepsza okazja, żeby poruszyć serca ludzi.


Związane z: Thomas McCarthy
Film: Spotkanie (2007)
ITI Cinema | 2009-01-14